Poniedziałek – dobry dzień na wypróbowanie marzeń

2017/07/24

 

Marzenia to taki nasz filmowy seans, w którym na widowni jesteśmy sami, oglądając superprodukcję w swojej reżyserii i według swojego scenariusza, obsadzoną najlepszym możliwym aktorem. Realne, bądź nie, niektóre, po chwili namysłu, nie tak bardzo nierzeczywiste, jak można by sądzić.

 

Co można robić z marzeniami? Można je po prostu mieć, można je spełniać i można je realizować. Chwileczkę… spełniać i realizować, czy to nie to samo? Nie, bo swoich marzeń nie można spełniać, to można robić z marzeniami innych, a swoje można tylko realizować – tak więc chodzi tutaj o to, kto i w jakim celu podejmuje działanie.

 

Te marzenia, które zmieniają się w pragnienia, mogą stać się naszymi chęciami, wolą zmian naszego życia w kierunku, którego byśmy sobie życzyli. Czyli najpierw MARZĘ, potem CHCĘ, a potem… zwykle pojawia się mur wątpliwości, strachu, tłumaczeń, dlaczego się nie da i ogólnie pojętych wymówek.

 

Bo do realizacji marzeń potrzeba wysiłku, realizacja marzeń jest trudna i do tego, co chyba najgorsze, jesteśmy w niej osamotnieni. Oczywiście zawsze istnieje mniejsza lub większa grupa ludzi, która może nas wspierać, pomagać, kibicować, ale kolejne kroki musimy stawiać sami, a to jest często walka ze swoim własnym charakterem, własnymi lękami i zwątpieniem.

 

Czyli bez twardych decyzji, rzucania się na głęboką wodę, wpadania w wir realizacji, na której końcu jest albo urzeczywistnienie pragnienia albo porażka i przegrana, nie da się tego zrobić? Jeżeli kogoś nie stać na tak odważny krok, to nici z jego marzeń? Bo przecież wiadomo, że po podjęciu decyzji, powiedzeniu głośno ZROBIĘ TO, nie będzie już można zwalniać i odpuszczać ani na chwilę.

 

Problem polega na tym, że patrzymy często na całą drogę, a nie na jej najbliższy wycinek, boimy się drugiego i trzeciego kroku bez zrobienia pierwszego, a to trochę tak, jak byśmy przy kupnie samochodu musieli zaplanować z góry wszystkie trasy, które nim przejedziemy – mało realne, prawda? Co jednak, kiedy boimy się nawet tego pierwszego kroku?

 

Otóż są pewne sposoby, triki, których możemy użyć, żeby odrobinę sobie pomóc. Chodzi o to, żeby trochę… poudawać. Tak, dziwnie to brzmi, ale da się po prostu blefować i oszukać pewne obszary samego siebie, tak żeby oswoiły się z tym naszym niecodziennym działaniem, a przez to przestały nas hamować, wzbudzając lęki i wątpliwości.

 

Czyli można po prostu spróbować? Tak, takie ćwiczenie zajmuje około 3 dni i polega na tym, żeby poczuć się tak, jakbyśmy decyzję o realizacji już podjęli. Przykład?

 

Załóżmy, że marzy nam się mała knajpka, w której serwowalibyśmy własne dania. Gdzieś tam z tyłu głowy majaczy nam taki obraz, że to byłoby fajne życie, dużo satysfakcji, może nawet naprawdę byśmy tego chcieli?

 

Ale realizacja? To przecież jakiś koszmar, zupełnie nierealne, bo pieniądze, lokal, własna firma, poza tym, rozejrzyj się wokół, przecież nikt nie ma własnej knajpki, nie ma takich ludzi… a momencik, są, ale pewnie to są jacyś inni ludzie, inni niż ja…

 

Metoda polega na tym, żeby dziś wybrać określony cel, a jutro obudzić się tak, jak gdybyśmy wczoraj postanowili, że mimo wszystkich przeciwności, decydujemy się na jego realizację.

 

Czyli następnego dnia wstajemy i bierzemy się za działanie: szukamy lokalu, planujemy menu, próbujemy przygotować konkretne dania, liczymy koszty składników, sprawdzamy ceny kuchenek, chłodni, wymyślamy nazwę, myślimy nad wystrojem, szukamy informacji o formach działalności i wszystko inne, co tylko trzeba zrobić, żeby otworzyć i prowadzić taką knajpkę.

 

I teraz najważniejsze: jeżeli ktoś będzie pytał, czemu to robimy, odpowiadamy, że w końcu postanowiliśmy zrealizować swoje marzenia i otwieramy taki właśnie mały lokal. To nam pozwoli naprawdę wczuć się w rolę.

 

Po 3 dniach, czyli gdzieś koło czwartku, zatrzymujemy się na chwilę i sprawdzamy, co się stało. Może to będzie nic, może coś, a może ogromnie dużo.

 

Do czwartku!

 

Please reload